Menu

Żurek na ostro

blog życiowy

Remanenty: Syndykat zbrodni

lzurek3

Powstanie conspiracy political thriller jako swoistego podgatunku filmowego było pokłosiem afery Watergate, a także poprzedzających ją wstrząsów społecznych w latach 60-tych. Kontrkulturowa rebelia przeorała mentalność Ameryki, skutecznie podważając jej wiarę w trwałe do tej pory kulturowe i społeczne dogmaty. Głośne zabójstwa polityczne - braci Kennedych i Martina Luthera Kinga - kazały, uważniej niż dotychczas, patrzeć na ręce amerykańskiej administracji oraz politycznym i finansowym elitom. Wreszcie upublicznione u progu lat 70-tych przez Daniela Elsberga tajne dokumenty dotyczące wojny w Wietnamie i ujawniona przez dziennikarzy Washington Post afera Watergate dołożyły ostatnią cegiełkę w murze nieufności jaki wyrósł między społeczeństwem a władzą.

Ameryka straciła niewinność, ale zyskała cenną, acz bolesną świadomość, że procedury demokratyczne, działalność organów państwowych i podległych im służb bezpieczeństwa wymagają stałej kontroli, gdyż łatwo ulegają deprawacji.

Owa zmiana społecznych nastrojów szybko znalazła swoje odzwierciedlenie w kinie. Symbole i ikony "amerykańskiego snu" zaczęto traktować z gryzącą ironią bądź jawnym cynizmem. Fala antywesternów ("Niebieski żołnierz", "Mały wielki człowiek") dokonała gruntownej rewizji narodowych mitów i pokazała ciemną i okrutną stronę amerykańskiej historii. "Nocny kowboj", "Narkomanii" czy filmy Altman pokazywały rozdźwięk między wzniosłymi ideałami a ponurą rzeczywistością. Wielki klasyk tamtych lat "Ojciec chrzestny" zaczynał się od pamiętnych słów: "Wierzę w Amerykę", ale był to wyjątkowo zgryźliwy żart. Film Coppoli pokazywał bowiem jak wszystkie amerykańskie cnoty - wiara w rodzinne więzy, przedsiębiorczość, inicjatywa, indywidualizm - zostały zaprzęgnięte do rozwijania mafijnego interesu.

Na tym tle pojawił się conspiracy political thriller. Takie filmy jak 'Trzy dni kondora", "Syndykat zbrodni", "Zasady domina", "Wszyscy ludzie prezydenta", "Klute" czy najlepsza z nich "Rozmowa" prezentują bliźniaczą wizję świata i posługują się podobnym schematem narracyjnym. Głównym motywem tych utworów jest demaskowanie przez bohatera wielkiego zbrodniczego spisku zawiązanego albo przez służby specjalne albo bogate korporacje, mającego na celu zdobycie władzy bądź gigantycznych pieniędzy . Spiskowcy wykorzystują słabość wszystkich gałęzi władzy, deprawację tajnych służb, za nic mają bezpieczeństwo kraju i cynicznie manipulują opinią publiczną. Wobec tej zbrodniczej hydry występuje samotny bohater domagający się prawdy i sprawiedliwości.

Filmy te nie miały takiego obrazuborczego potencjału jak rewizjonistyczne westerny i zdecydowanie bardziej uległy konserwatywnym hollywoodzkim regułom, ale wyrastały z tych samych społecznych niepokojów.

"Syndykat zbrodni" Alan. J. Paculi z Warrenem Beatty w roli głównej jest dla tego nurtu utworem emblematycznym. Nie ze względu na arystyczną jakość, ale właśnie na niedociągnięcia i potknięcia. Artystyczne szwy są wtedy lepiej widoczne.

Film opowiada historię śledztwo prowadzonego przez nieustępliwego dziennikarza Joe'go Frady'ego. Tropiąc zabójców pewnego senatora, Frady wpada na trop zbrodniczej korporacji Parallax.

Reżyser efektownie fotografuje sterylne, odhumanizowane wnętrza korporacyjnych drapaczy chmur, z teatralną sztucznością przedstawia  działalność organów państwowych sugerując ich fasadowość i marionetkowość, wreszcie zręcznie gra symbolami amerykańskiej historii i demokracji pokazując współczesną degrengoladę wzniosłych niegdyś ideałów. Tyle można zaliczyć na plus.

Co najbardziej przeszkadza w filmie to nieadekwatność użytych środków wyrazu wobec wyjściowego materiału fabularnego. Mamy do czynienia z nieprzesadnie skomplikowanym thrillerem, niestety reżyser za wszelką cenę stara się nadać mu głębię i powagę należną wielkiemu kinu. Ten mozół czuć przez całą projekcję.

Całość opowiadana jest w emocjonalnym tonie ledwie skrywanej histerii spowodowanej fatalnym stanem państwa. Pacula ma też niedobrą predylekcję do maksymalnego wydłużania sekwencji, tak aby ich gorzki symboliczny sens został należycie odczytany. Byłoby to zrozumiałe, gdyby reżyser miał inny scenariusz. A tak efekt jest irytująco pretensjonalny i cierpi na tym klarowność narracji. Fabuła ma wiele logicznych dziur i niewyjaśnionych kwestii. Dęta symbolika wygrywa z rzemiosłem. Ze szkodą dla filmu.

W "Syndykacie zbrodni" jak w soczewce skupiają się słabości całego nurtu (pomijam tu "Rozmowę" Coppoli, która jest filmem wybitnym) - pretensjonalność, podszywanie się pod wielkie kino, sprzedając w jego otoczce widowiskową rozrywkę.

Conspiracy political thriller to przede wszystkim kolejny segment w chlubnej tradycji Hollywood tzw. kina obywatelskiego. Kina zaangażowanego, stawiającego aktualne problemy społeczne, zatroskanego losem państwa, ale tego państwa nie odrzucającego, co najwyżej apelującego o jego naprawę. Bohaterowie  grani przez Beatty'ego w "Syndykacie zbrodni" czy Redforda w "Trzech dni kondora" to w sumie  kolejne wcielenie poczciwego Johna Doe z filmu Capry. Porządny Amerykanin, który musi zareagować na zło i niesprawiedliwość.

Często wyśmiewane za głoszenie spiskowych teorii conspiracy political thrillers co jakiś czas dają o sobie znać, choć nie tworzą już tak prężnego nurtu jak w latach 70-tych. Do intelektualnej skrajności, a jednocześnie artystycznej doskonałości ten rodzaj kina doprowadził Oliver Stone w "J.F.K", a jego pastiszowo-freudowską wersję przedstawił David Fincher w "Grze".




© Żurek na ostro
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci